Znowu zaczęło się na wpół spontanicznie, bo nie dalej niż dwa dni przed tą sobotą wieść do mnie dotarła o eskapadzie zimowej. A był to dzień 29 stycznia, jak mnie pamięć nie myli, bo dni już upłynęło kilka od owego dnia. Coby zanadto się nie rozwodzić – zaczęło się na busiarni, gdzie się całe towarzystwo skrzyknęło, coby razem ruszyć w teren. Nim na wspomnianą busiarnię dotrzeć mi było dane, w pół drogi spotkałem ogorzałą twarz do spacerów chętną, a okazało się, że twarz ta do Jagny Jagienki należy. Zmarznięte nasze dwa lica dotarły do celu, a w zasadzie startu, gdzie lica kolejne już czekały – Tomasso i Maciek powitali nas serdecznie. Zakomunikowali, że oczekiwać należy jeszcze Krzyśka, Benka, statywu i diabli wiedzą kogo jeszcze, bo wici puszczone raz do sieci różne typy ściągnąć potrafią. No i właśnie wspomniane wici się pokazały w postaci Rafała i Pawła, choć od grupy odłączyli się oni śpieszno, ale o tym nieco później opowiadane będzie.

Szlak pieszy czerwony im. E. Massalskiego

Szlak ów nas prowadził

Bus, dyliżans bądź kareta zjawił się wystawiwszy naszą cierpliwość na próbę. Zapakowawszy się doń tak zajęliśmy się gawędami wszelakimi, że ani się obejrzeć nam było dane, a już dotarliśmy do Tumlina. Ogrzewaczy szukać część z nas poszła „we wieś”, a pozostali zajęli się krajoznawstwem, choć bardziej tu pasuje słowotwór „okolicopoznawaniem”, bo rzuciło się nasze towarzycho na cmentarną kaplicę, cmentarz i pobliski kościół św. Stanisława jakoby wcześniej podobnych budowli nie widziało. Uwiecznione podczas tego dnia (dla rzeszy pożeraczy googlowych linków) widoki ilustrują tenże tekst.

Okienko

Okienko

Z Tumlina, czerwonym szlakiem im. E. Massalskiego, ruszyliśmy żwawo w stronę rezerwatu Kamienne Kręgi i Góry Grodowej, po drodze wsłuchując się w nawoływania płynące z megafonów nie tak znowu odległego wyciągu dla narciarzy. Zerkając to na wystające spod śniegu skały, to na ruiny skoczni i biegającą w oddali płową zwierzynę zeszliśmy do zapadliska skałami tak potężnymi otoczonego, że dech odzyskawszy po chwili dopiero jęliśmy komentować owe cuda. A skoro cuda, to i zdjęcie insze prezentuję – jeno okular czerwono-niebieski posiadać należy, coby się atmosferze cudownego widoku w pełni poddać.

Cudne widoki, jeno okular 3D włóżcie

Cudne widoki, jeno okular 3D włóżcie

Ponad skałami rezerwatu góruje Kaplica Przemienienia Pańskiego, a nieopodal w kamieniołomie – czynnym po dziś dzień – ścieżki każdego pokierowały w inną stronę, a Rafała z Pawłem całkiem od nas oderwało i szlak swój oni widać znaleźli po angielsku ulotniwszy się. Jednak my mając na uwadze cel główny naszej eskapady drogę swoją znalazłszy do skraju lasu, nad potok roztaczający woń krowiego łajna, dotarliśmy. Zabijając gromadzące się w nozdrzach bakterie tęgim i zacnym destylatem ruszyliśmy dalej, przez wieś do kamieniołomu Wykień. Zboczyć tam z czerwonego szlaku należało i pokierować się oznaczeniem baby z kilofem, by dotrzeć w urokliwe miejsce. Tak urokliwe, że pamiątkowe monidło należało w nim wykonać.

Wędrowców cała gromada

Wędrowców cała gromada

Uwiecznianie widoków beznamiętnie określonych przez pobliską tabliczkę „stanowiskiem dokumentacyjnym” wywołało w każdym z nas lekkie uczucie głodu. Różnymi tonami trzewia nasze to oznajmiwszy nakazały ruszyć dalej – na Górę Wykieńską, by przy wspólnym ogniu strawy uwarzyć i wiejskich wędlin na ogniu upiec.

Smakowitości na chruście pieczone

Smakowitości na chruście pieczone

Posileni gorącą strawą, gorącą kawą i rozgrzewającą trzewia cytrynówką gaworząc coraz żywiej ruszła nasza grupa dalej rozśmiewając się jeszcze z rubasznej propozycji Jagny Jagienki – „a może komuś z Was kiełbaskę potrzymać?”.

Promień słońca w zacienionym lesie

Promień słońca w zacienionym lesie

Kilkanaście kroków dalej znów należało nam zboczyć z trasy na czerwono odmalowanej by zerknąć na kolejny cud natury – kamień w rezerwacie Góra Kamień. Znów uwieczniwszy po stokroć omszałe głazy podreptaliśmy dalej, w stronę celu, w stronę Miedzianej Góry z kaplicą świętej Barbary.

Kaplica, co góruje nad okolicą

Kaplica, co góruje nad okolicą

Od kaplicy droga już do asfaltu poprowadziła co niechybnie oznaczało kres wędrówki, ale… co jedno się kończy to drugie się zaczyna i za sprawką Beniamina rozpoczęliśmy… sączenie rubinowego dzieła mistrzów gorzelnictwa ziemi podkarpackiej – Wiśniówki zacnej, która odmierzała nam czas do nadjechania dyliżansu, którym to do domu dane nam było wrócić. I tak to moi mili było, ja tam byłem, trunków próbowałem, widoki podziwiałem i łapałem ochotę na kolejną eskapadę, ale o tym… innym razem.

Reklamy

Miał to być rajd spontaniczny na Trzech Króli i taki też był. Szybko puszczone w sieć wici przekonały 4 osoby, w tym trzech Maćków i jedną tylko Magdę. Mnie i Brulionmana doliczając i wyszła już spora gromadka, którą to postanowiliśmy przemierzyć trasę od Barczy (tej masłowskiej) do Bodzentyna.

Trzech Króli squad, a raczej Trzech Maćków i s-ka

Trzech Króli squad, a raczej Trzech Maćków i s-ka

Po wysypaniu się z miejskiego dyliżansu namber 12 ruszyliśmy w stronę lasu, po drodze mijając i miejsce przyjazne pszczołom (jakąś pasiekę czy „miodziarnię”), szkołę w Klonowie, kapliczkę pw. MB Częstochowskiej (ponoć przebudowana jest z drewnianej z 1984 r.) i pomnik z amboną, na którą pierwsza wdrapała się Magda i przyznała, że widoki są zacne. A i owszem – Klonów malowniczo położoną wsią jest. Na zboczu Pasma Klonowskiego, z którego roztacza się wiu na Łysicę między innymi.

Za polami, za zaspami - Łysica

Za polami, za zaspami - Łysica

Z Klonowa już w las na żółty szlak wprowadziło nas oznakowanie – trzeba przyznać wyraźne i dobrze naniesione. Leśnymi ścieżkami dreptaliśmy raz drobiąc jak gejsze, a raz sadząc kroki metrowe, bo i śnieg raz był głęboki, a raz zamarznięte kałuże wymuszały odpowiednie postawienie obuwia coby się nie wywalić jak Jasio co to z mamą na basen poszedł (z ojcem udało się ustać na nogach, bo i załapać się dało w porę). Tak dobrnęliśmy do połowy trasy i brzuchy już dawały głośno znać, że strawy ciepłej by im się zdało. Mrozu siarczystego nie było, ale o ciepełku ogniska każdy marzył. Zaczęło się więc kiełbaszenie, a z boczku, pod drzewem zaczynała się gotować śniegowa herbatka.

Ciepło leśnego ogniska i tłuszcz cienkiej kiełbasy

Ciepło leśnego ogniska i tłuszcz cienkiej kiełbasy

Po zasypaniu ognia sporymi ilościami śniegu znów wydeptywać zaczęliśmy ślady w śniegu, bo przyznać trzeba – poza naszą szóstką to jedynie płowa zwierzyna się na ten szlak zapuszczała, co potwierdzały nam ślady. Zresztą jedna z saren była na tyle bezczelna, że głośno w swoim narzeczu wyszczekała co o nas myśli. Ale wracając do dreptania udało się dotrzeć na czubek Góry Grabowej i na teren skalnego rezerwatu. Znowu Magda pierwsza wspięła się na górę jednej ze skał. Kilka historii i dowcipów później znowu niechętnie wbiliśmy sie na szlak – tym razem już zielony – który zaprowadzić miał nas do celu, czyli Borzęcina. I doprowadził. Nawet po drodze trzech któli spotkaliśmy. I bus przyjechał. I wsiedliśmy dając zakończenie tej historii, bo morału w niej nie ma. Jest lekki niedosyt, ale to i dobrze, bo na kolejny wypad nikogo siłą ciągnąć nie będzie trzeba.

Trzej królowie, czyli cukierek albo fotka

Trzej królowie, czyli cukierek albo fotka

Relacja Brulionmana i relacja Maćka, czyli wycierucha świętokrzyskiego.

Napisane przez: kris | 5 stycznia 2011

Pochód z pochodniami

W Nowy Rok piechotą wchodzić mi przyszło, ale… sam chciałem. Namówił mnie najpierw Tomasso, a później cynk o drepcydesie podesłał Brulionman. Okazało się, że trasy są zbieżne i w konsekwencji zbiegły się w miejscu i czasie. W ten to sposób na Jaworzni zebrało się 21 luda i ruszyła cała ta zgraja w stronę krajowej siódemki. Tu koło wiaduktu był pierwszy i nieco nieplanowany postój, ale siła wyższa wstrzymała jeszcze jedną grupę i czekaliśmy, aż zakończy się „rutynowa kontrola”. Był to jednak czas na pierwszą integracją, na wymianę spostrzeżeń, a gwar co rusz przerywały huki z wystrzeliwanych przez spóźnialskich sylwestrowiczów fireworków. Kilka petard później już cała grupa weszła w las, a spóźnieni wędrowcy (by nie rzec skontrolowani przez władze) dostarczyli wszystkim pochodnie. Od razu zajaśniało i gromada ruszyła dalej.

Człowiek z pochodnią

Człowiek z pochodnią

Dreptanie nocą po lesie umilały rozmowy. A to o nowej mapie do GPS’a, to znowu o noworocznych podwyżkach czy o fajnym świetle jakie dają te pochodnie. Skoro o nich mowa to gdzieś pośrodku trasy, już na niebieskim szlaku, padła propozycja zrobienia zdjęcia grupowego. Padło pierwsze pstryk:

W kupie było raźniej

W kupie było raźniej

I drugie pstryyyyyyyyyk, a że było dłuuuugie to i efekt wyszedł cieeekawyyyy:

Słowo RAJDoo malowane pochodniami

Słowo RAJDoo malowane pochodniami

Po udanym pozowaniu roześmiane gęby ruszyły dalej, bo każdy już nastawiał się na zapowiedziane ognisko. Wszak połowa trasy to już była, a trzewia domagać się zaczęły gorącej strawy zwanej „Hot Sosydż” czy „Gięta z kija”.

Kiełbaszenie na całego

Kiełbaszenie na całego

Całej ceremonii obsmażania kiełbas podlaskich, podwawelskich, śląskich, swojskich i jałowcowych przyglądał się Ciastek – jak się chwilę później okazało ofiara tegoż wypadu. Posłużył wszystkim jako symbol składanych noworocznych życzeń i schrupał go cały obecny skład.

Ciastek - jeszcze wśród żywych

Ciastek - jeszcze wśród żywych

Ogień po harcersku zasypawszy ruszyła wesoła ta gromada (rozweselacz miał smak wiśni i żurawiny) w stronę Słowika, gdzie grzecznie podając sobie ręce każdy ruszył w stronę swojej chacjendy. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie, choć ich losy niebawem znów miały się skrzyżować na turystycznym szlaku…

Zdjęcia z wypadu do obejrzenia na swietokrzyskie.org.pl – serwis dla turystów

Napisane przez: kris | 6 lipca 2010

Zejście do „Raju”

Nadrabiając blogowe zaległości czym prędzej rewanżuję się opisem ostatniej wycieczki w jakiej przyszło mi brać udział, a mianowicie wycieczce do Jaskini Raj w celu opstrykania jej i utrwalenia na zdjęciach. Wypad był pod skrzydłami KSF – Kieleckiego Stowarzyszenia Fotograficznego.

Jaskinia Raj w całej okazałości

Jaskinia Raj w całej okazałości

Poniedziałek, 5 lipca, był od dawna zapowiadanym dniem „zejścia pod ziemię”. Tak też się stało. Począwszy od zbiórki na Żytniej, gdzie dołączył do nas Bartek (vel brulionman), zaczęło się wprowadzanie w klimat robienia zdjęć. Na czas jazdy busem wyskoczyły z plecaków aparaty, obiektywy, przejściówki i tylko pani z kebabem siedząca przed nami odstawała od tego klimatu. Na liście obecności, poza niżej podpisanym, pojawiła się Iwona (ijanus), Michał (is0), Jarek (null) oraz Marcin (hitan).

Stalatyty u powały, co z nich na nos kapie

Stalatyty u powały, co z nich na nos kapie

Po dotarciu na miejsce klimat po raz kolejny się zmienił – na mikroklimat tym razem, bo weszliśmy do jaskini. I rzeczywiście można się było poczuć w niej jak w raju. Po pierwsze jeszcze za życia zobaczyliśmy kwiatki od spodu, a po wtóre zaczęliśmy wstępny obchód jaskini coby wybrać miejsca dla siebie do świecenia matrycy i kliszy najbardziej odpowiednie. Mówię kliszy, bo Bartek miał dwie końcówki filmów i postanowił niczym pierwsi odkrywcy utrwalać stalaktyty na błonie światłoczułej. No i zaczęło się…
Statywy poszły w ruch, aż nogi im zaczęły wypadać z tego rozpędu. Piloty i latarki chwyciwszy w dłoń każdy się rozpierzchł po jaskini. Nagle ciszę przeszył radosny okrzyk Bartka – „o kapnęło!”. Uradowany niczym cierpiący na przyrost prostaty dziadzio nad sedesem ucieszył się rzecz jasna z kropli spadającej z jednego ze stalaktytów do utworzonej pod nim kałuży. Humory rzec można dopisywały i poddała się naszym myślom, czasem i kosmatym, pani Basia co to nas oprowadzała po jaskini.

Harfa podświetlona nieco

Harfa podświetlona nieco

Harfa stała się pięknym obiektem do utrwalenia dla potomności i do ukazania światu co to na powierzchni żyje i pojęcia wręcz czasem nie ma co to za cuda się kryją pod jego nogami i to zaledwie kilka bądź kilkanaście metrów. Różnego rodzaju warkocze, które niczym dredy zwisały ze stropu także cierpliwie czekały, aż i one w kadr ujęte zostaną. Czekanie mają zresztą w swej naturze, bo nim urośnie takiego sopelka centymetr to sto lat minąć musi – mówiła pani Basia. Swoją drogą ciekawe jaki mikroklimat panuje pod wiaduktem na Grunwaldzkiej w Kielcach, bo tam też podobne sople zwisają i mają mniej niż sto lat.
Niska temperatura jaka panuje w „Raju” dała o sobie znać niektórym w trzeciej godzinie naszego pobytu. Co bardziej zapobiegliwi zabrali ze sobą polary, ale twardziele pstrykali z krótkim rękawem. Ważne, że hipotermia nie dopadła nikogo, a wyjście z jaskini ucieszyło wszystkich nie powrotem do szarej codzienności, ale tym, że zrobiło się cieplej. No i radość była tym większa, że po trzech godzinach pod ziemią w chłodzie, można było nareszcie skorzystać z ubikacji.

Warkocze rastamana

Warkocze rastamana

Podsumowując było bardzo miło, bo i miło zostaliśmy przyjęci i urzekły nas widoki podziemne. Oby takie plenery odbywały się częściej rzec można. Ale lepiej jeśli pozostaje lekkie uczucie niedosytu, prawda?

Napisane przez: kris | 25 kwietnia 2010

Sezon na beer i wurst otwarty

Niedzielne grillowanie (zapomniałem podpisać foto)

Niedzielne grillowanie (zapomniałem podpisać foto)

Nadrabiając blogowe zaległości, tym razem opiszę rozpoczęcie sezonu grillowego. Inauguracji dokonałem kilka godzin temu, a dowód na moją konsumpcję powyżej. Nie pamiętam skąd te kiełbaski i jak się zwą, ale tłuszczu prawie wcale, soli w sam raz – no krótko mówiąc – bajka grill. Jeno kierowcą byłem i do pełni szczęścia brakło tylko schłodzonego browara. Te procentowe zaległości jąłem właśnie naprawiać i pisząc te słowa pociągam raz po raz z puchy. A coby gulem Waszym nie grać zbyt mocno zmienię klimat na przyrodniczy.

Owad czaił się na żerdzi

Owad czaił się na żerdzi

Powyższa osa (czy coś podobnego) przykuła moją uwagę chwil kilka przed grillowaniem. No a pod ręką było akuratnie szkiełko. Dołożyłem oko i zrobiłem „pstryk”. Pokochałem to szkło i powiem, że Jupiter przeżywa drugą młodość na moim C. A ogromną satysfakcję daje to, że jest to full manual from Zenith.

Older Posts »

Kategorie