Rakietami i pokazem fajerwerków można by dziś świętować, bo raz, że wypada nam Barbórka – święto górników, to na dokładkę w polskim woju przypada na dziś Święto Wojsk Rakietowych i Artylerii. Najbardziej bombowe święto w naszym wojsku. Z ciekawości zajrzałem na strony internetowe naszej armii (www.wojsko-polskie.pl) i szukając bliższych informacji na temat tegoż właśnie święta i ewentualnych obchodów jego – znalazłem coś co mnie zaskoczyło. No bo jako człowiek co w woju nie był (ach ten głód wiedzy) tylko na stereotypach się opierałem budując w mej głowie wizerunek polskiego wojska – z falą, z kotami, trepami i rutyną. A tu taka niespodzianka. Wojo poszło z duchem czasu i to ostro marszowym krokiem. Strona kusi nowoczesną grafiką i działem DOWNLOAD. W nim kuszą gry flashowe, wygaszacze ekranu i inne gadżety co to pokoleniu Bebiko i Milupy się podobają. A że święto bombowe to i na jeden gadżet zwróciłem szczególną uwagę – na grę “Atak rakietowy”. Jak informuje nasze wojo – gra polega na obronie budynków przed nadlatującymi rakietami wroga. Miasta wyposażone są w system obrony przeciwrakietowej, a my tym sterujemy. Taka tarcza antyrakietowa made in Poland. A gier jest więcej (http://www.wojsko-polskie.pl/categories/view/54) i inszych wabików masa. Mniej czasu na pierdoły mają górnicy, bo to fedrować trzeba i pod ziemią mało widać – to i gier nie mają. Mają za to św. Barbarę i z wojskiem to się co najwyzej w Rajdzie Barbórki pościgać mogą. A reszta narodu oczywiście może śmiało wypić ich zdrowie. Raz za górników, raz za żołnierzy. Raz za Barbarę, raz za rakiety. A jak jeszcze co nieco zostanie to i za resztę wojska, coby im się dobrze działo, a że działo to armata – coby im się armatało!!
Dziś Barbórka wystrzałowa
Napisane w Worek wpisów, wszystko luzem
Z psa nie będzie przyjaciela odc.1
Dzień zapowiadał się na pogodny (choć jak mówi znajomy – pogoda jest zawsze – raz mniej, a raz bardziej chujowa; miała być ta mniej). Zycie toczyło się powoli. Znaczy – psy szczekały jak zawsze, wróble ganiały się po trawniku jak codzień i kierowcy klęli jak najęci omijając dziurę w jezdni na Krakowskiej. Redakcja “Dziennika świętokrzyskiego” pracowała na wolnych jeszcze obrotach, bo co się może wydarzyć o 8.00 rano? Nic szczególnego. Jednak cisza była myląca. Wszystko miało się dopiero wydarzyć…
Andrzej podszedł do telefonu i wykręcił numer do biura prasowego policji.
- Cześć. Coś nowego dzisiaj? – zapytał sącząc świeżo zaparzoną kawę.
- W sumie to nic – odparł miły damski głos z drugiej strony słuchawki. – Mamy zatrzymanego sprawcę rozboju i dziewczynę, która miała przy sobie 2 gramy marihuany.
- Hmmm, rzeczywiście. Dzień jak codzień. Ale gdyby się coś działo większego to dajcie znać – dorzucił Andrzej i przed odłożeniem słuchawki usłyszał jeszcze zapewnienie policjantki, że “jak najbardziej”. Pociągnął kolejny łyk kawy i rozpoczął poranny przegląd prasy. Najpierw oczywiście “Głos okolicy” – lokalna konkurencja, od której każdy w “Dzienniku” rozpoczynał poranną lekturę. Za oknem wróble nadal ganiały się po trawniku, a pies zawył przeciągle. W tym samym momencie zadzwonił telefon.
c.d.n.
Napisane w Historie mocno prawdopodobne...
Wirus to czy nie wirus?
Ostatnio czas upływał intensywnie. Znaczy to, że zajęć różnorakich masa sprawiła, że blog odłogiem miesiąc równy przeleżał. A miesiąc to był dość intensywny. Remont w pokoju to jedno z działań, które skutecznie dostęp do bloga zablokowały. Kabel do neta ze ściany beztrosko przez 4 tygodnie zwisał, niepodpięty do żadnego komputera. Ech dziwny to był widok. Ważne, że na darmo już nie wisi, a sygnał do urządzeń odbiorczych dostarcza, hej. Drugie działanie czas przez palce przepuszczające to wirus. Ale nie mający nic wspólnego z kablem w ścianie. Taki wirus, że Aha1En1 wymięka. Oj ciężko było, ale Goździkowa poleciła aptekę, w której medykamenty skutecznie zadziałały i dziś już bez wiszącej pod nosem wydzieliny mogę śmiało klawiatury używać nie przejmując się, że porasta czymś zielonym i oślizłym. Okazało się, że wirus był do pokonania. Remont tak samo pokonać się udało, choć przestrzegam szczury z miejskich blokowisk – nigdy nie zgadniecie co się w Waszych ścianach czai. Wszelakie żelastwo ze zbrojeń. Druty i inne pręty. I o ironio – zawsze w tym miejscu gdzie trzeba wywiercić w ścianie dziurę. Taki już paradoks remontów w wielkiej płycie. Na szczęście dla mnie to było ostatnie pomieszczenie w mieszkaniu. Remonty mam już za sobą. Ufff.
Napisane w Worek wpisów, wszystko luzem
Hotel specjalnej troski odc.1
Zapowiadał się zwykły dzień kiedy to do pokoju zajrzał Boss. Wytarł buty z łajna o wycieraczkę i przeszedł nad progiem z gracją słonia ze składu porcelany. Przyszedł oznajmić, że w pokoju trzeba będzie zrobić miejsce dla nowej.
- Ciekawe ile się w tej robocie utrzyma – pomyślała Julia. W końcu “przemiał” jest wysoki w tym pokoju. Ludzie się tu zmieniają tak często, że nawet nie zawsze pamięta się ich imion. Ale nie tym razem.
- Danutka będzie od dzisiaj z wami pracować – oznajmił On, po czym zza jego pleców wychylił się obły kształt o imieniu Danutka. – Cześć – rzucił kształt.
- Cześć – odpowiedziała Julia. A w myślach dodała – “z miejsca widać, że rodzina”. Danutka bowiem przypominała wspomnianego już wcześniej słonia. Poza tym jej włosy, wziązane w pytkę, nie widziały szmponu od przynajmniej dwóch dni. Odzienie Danutki miało tyle wspólnego z “przyzwoitym” co polityk z przyzwoitością. Ale rodziny się nie wybiera. I Boss też jej nie wybierał. Julia też nie miała wiele do powiedzenia w kwestii pojawienia się nowej. Musiała jej zrobić miejsce, więc biurko trzeba było przesunąć pod ścianę.
c.d.n.
Napisane w Historie mocno prawdopodobne...
“Zróbmy coś…”
Taka padła propozyjcja koło miesiąca temu. Od razu tłumaczę: nie “zróbmy coś” w sensie “chodźmy komuś wpierdolić”, czy w sensie “zrobimy pół litra”. Chodziło o coś wielkiego, konkret, dla potomnych i dla wnuków na długie zimowe wieczory do opowiadania.
Chodziło o zrobienie kilku fot przez kilka osób dla kilku innych osób, które by mogły całość obejrzeć pod wielkim hasłem “WYSTAWA”, albo “wystawa” jak kto woli. Tylko coby całość utrudnić na maxa, granice foto zony stanowiła długość jednej, najkrótszej w mieście ulicy. Fak…t trudne zadanie.
Się zabrali wszyscy za focenie, pstrykanie, naświetlanie kliszy na starych dziadkowych aparatach i… gdy kończyli to już prawie się wystawa zaczynała. Tak się koledzy Polacy i jedna matka Polka przejęli pomysłem. Ehhh, ważne, że każdy zdążył coś uchwycić i najczęściej był to korpus aparatu, a nie temat foty. No cuż… Jak się chce “zrobić coś…” to czasem się trzeba choćby ruszyć na najkrótszą ulicę w mieście. Zawsze to więcej niż siedzenie przed TV w formie unplugged, bo z lenistwa prąd odcięli, bo się iść do kasy zapłacić rachunku nie chciało. No ale nie dla samego robienia coś mieliśmy zrobić…
Wyszła “WYSTAWA” lub “wystawa” jak kto woli. Premiera jutro. I ciekawe czy znów “achy” i “ochy” będą nad fotami robionymi na “odpierdol się”?
Napisane w Worek wpisów, wszystko luzem
Czasu mało, a więcej by się chciało…
Szkoda, że nikt nie wymyślił snu w tabletkach (choć względnie i czopki bym przeżył). Ile by to rozwiązało problemów typu “nie mam czasu na…” czy “no luz, tylko akurat nie mam czasu, bo…”? Hurtownia pewnie by nie wydoliła, a i może by to było mniej szkodliwe niż bielinki różnej maści. Tylko, że medycyna i nauka stoją wysoko w naszym cudnym nowoczesnym świecie, a tego jeszcze nikt nie wymyślił. A szkoda. No i z racji tego, że takowych tabletek nie ma… to musze już kończyć. Nie mam czasu na rozpisywanie się. Nara.
Napisane w Worek wpisów, wszystko luzem
Witojcie!
Blogi to ja jak do tej pory tylko czytałem… Ale, jak znajomi powtarzają, zawsze musi być ten pierwszy raz. Dlatego właśnie tym wpisem tracę blogowe dziewictwo i stwierdzam, że nie boli, choć spodziewałem się czegoś innego. Nie oczekuję wiele i proszę o to samo.
A skoro pierwsze koty poszły za płoty, to i ja idę. Jestem na etapie oglądania tego bloga od kuchni. Pójdę sprawdzić jak się zdjęcia tutaj dodaje, bo chyba ich co nieco powklejam. To na dziś tyle.
Napisane w Worek wpisów, wszystko luzem